Stosunki polsko-niemieckie – podległość, zależność czy strategiczna współpraca?

Grudzień 5, 2016 Jeremi Sadowski

Kiedy chce się mówić o polsko-niemieckich relacjach, nie popadając w dawne schematy, trzeba od razu wskazać na ich szerszy kontekst. Polska i Niemcy nie są dzisiaj izolowanymi państwami narodowymi, które po prostu sąsiadują ze sobą i mają częściowo zbieżne, a częściowo rozbieżne interesy. Są to raczej aktorzy występujący na jednej scenie i grający w tej samej sztuce. Tą sztuką są wspólne projekty polityczne, w których oba kraje uczestniczą, takie np. jak NATO lub Unia Europejska. To właśnie te większe projekty wzbogacają, komplikują, a jednocześnie zasadniczo zmieniają dawne stosunki dwustronne.

Płaszczyzn dobrej, a nawet bardzo dobrej współpracy jest w związku z tym wiele, choć istnieją także napięcia i konflikty. Omówienie ich w krótkim artykule jest praktycznie niemożliwe, warto więc zatrzymać się na kilku kwestiach podstawowych, takich jak gospodarcza współpraca w ramach Unii, stosunek Polski i Niemiec do NATO oraz do Rosji i Ukrainy. Większość polskich partii politycznych uważa, że we wszystkich tych kwestiach bliska współpraca Polski z Niemcami przynosi nam określone korzyści. I pozwala nam grać w wyższej lidze. Inne stanowisko ma w tej sprawie PiS. Warto zatem postawić sobie pytanie, dlaczego właśnie ta partia stara się stworzyć wrażenie, że współpraca polsko-niemiecka przekształca Polskę w państwo podległe, które nie potrafi rozwijać się prawidłowo.

Zacznijmy od przypomnienia, że Niemcy sąsiadują w Europie z dziewięcioma różnymi państwami (Dania, Belgia, Holandia, Luksemburg, Francja, Szwajcaria, Austria, Czechy i Polska), i że jest to dla nich sąsiedztwo korzystne gospodarczo. Dowodzą tego liczne statystyki, pokazujące, że kraje te należą do ścisłej czołówki europejskiej. Bezpośrednie sąsiedztwo z Niemcami nie jest, jak widać, hamulcem rozwoju, można nawet powiedzieć, że wręcz odwrotnie. Nie są to także państwa podległe, pod warunkiem oczywiście, że uwzględnimy opinie ich własnych obywateli, a nie przedstawicieli PiSu czy innego skrajnego ugrupowania.

Sytuacja, w której państwo większe i silniejsze nie dławi rozwoju państw o mniejszym potencjale, nie jest jednak w Unii Europejskiej czymś wyjątkowym. Wręcz przeciwnie. Jednym z ważnych postulatów założycieli Unii było stworzenie takich mechanizmów, które wszystkim uczestnikom wspólnego rynku zapewnią równe szanse rozwoju. Starano się przy tym niwelować istniejące różnice, tworząc różnego rodzaju fundusze.

Nie wszystkie kraje szansę tę odpowiednio wykorzystały, czego przykładem jest Grecja. Większość jednak znalazła własną receptę na sukces, co pozwoliło na stopniową emancypację niewielkich gospodarek takich jak Finlandia czy Irlandia, przez dziesięciolecia zależne od większych sąsiadów. Teraz jest to już przeszłość. Mniej widowiskowo ukazuje to samo zjawisko awans Austrii i Hiszpanii. Także te państwa znalazły własną drogę, która uniezależniła je od Niemiec i Francji. Klątwa złego położenia i złego sąsiedztwa przestała, jak widać, obowiązywać.

Pokazuje to, że ramach Unii Europejskiej dawne relacje gospodarcze między państwami ulegają daleko idącej modyfikacji i odbiegają wyraźnie od schematów znanych z poprzednich stuleci. Zwolennik opcji PiSu mógłby jednak odpowiedzieć, że przedstawione tu mechanizmy nie działają na obszarze dawnej Europy Wschodniej, która pozostaje pod kontrolą Berlina. Oznaczałoby to, że ze wspólnego rynku wyłączona została pewna część, w której obowiązują zupełnie inne reguły. Aby odnieść się do takiej hipotezy, warto przytoczyć wyniki opracowania, które opublikował niedawno Ośrodek Studiów Wschodnich. Jest w nim mowa o wymianie handlowej między Niemcami a państwami Grupy Wyszehradzkiej, co pozwala na sformułowanie kilku ogólniejszych wniosków, wykraczających poza Polskę.

Z analizy Ośrodka wynika między innymi, że wymiana handlowa państw Grupy Wyszehradzkiej z Niemcami wzrosła w ostatnim dziesięcioleciu wielokrotnie. Polska zwiększyła swoje obroty o 457%, Słowacja o 330%, Czechy o 302%, Węgry o 243%. Oznacza to, że znaczna część gospodarczej dynamiki, które państwa te osiągnęły, goniąc kraje Starej Europy, była możliwa dzięki intensywnej wymianie z Niemcami. Była to w dodatku wymiana zrównoważona, niepowodująca deficytu handlowego.

Spójrzmy teraz na ten sam wzrost obrotów z perspektywy Niemiec. W rankingu państw, które są ważnymi partnerami handlowymi Berlina, przodują Francja (167 mld euro), Chiny (154 mld euro) i Stany Zjednoczone (145 mld euro). Polska z 87 mld znajduje się na 8 pozycji, po Wielkiej Brytanii, ale przed Rosją [!] z obrotem 68 mld. Bardzo wysoka jest też pozycja Czech (70 mld), które są na 11 miejscu, za Szwajcarią i Belgią, ale przed Rosją i Hiszpanią. W tej samej tabeli Węgry są na 14 pozycji, a Słowacja na 19, przy czym Węgry wyprzedzają Szwecję, a Słowacja Koreę Południową.

Oznacza to, że wszystkie kraje tej grupy okazały się dla Niemiec atrakcyjnymi partnerami handlowymi, potwierdzając niejako słuszność decyzji o rozszerzeniu Unii Europejskiej. Widać także, że zwracają się w ten sposób wydatki na fundusze strukturalne i różnego rodzaju pomoc. Ostatnie słowo nie zostało tu zresztą powiedziane, ponieważ obecne obroty mogą wkrótce wzrosnąć. Zbliżenie na linii Berlin-Moskwa przestało uchodzić w związku z tym za priorytet. Rosja jest nadal w grze politycznej, ale gospodarczo znalazła się na ławce rezerwowych.

Do jeszcze ciekawszych wniosków prowadzi jednak potraktowanie Grupy Wyszehradzkiej jako całości. Okazuje się wówczas, że grupa ta jest największym handlowym partnerem Niemiec, większym od Francji, Chin czy USA, a także aż czterokrotnie większym od Rosji! Pokazuje to skalę niemieckiego zaangażowania i jednocześnie znaczenie tej współpracy dla niemieckiej gospodarki. Można w związku z tym zaryzykować tezę, że spora część sukcesów gospodarczych Niemiec z ostatniej dekady wiąże się z wewnętrznymi reformami w samych Niemczech (agenda 2010), intensywniejszą wymianą z Chinami oraz daleko idącą współpracą z Grupą Wyszehradzką.

Mamy tu więc do czynienia ze współpracą korzystną dla obu stron, zgodnie z klasyczną teorią, że beneficjentami wymiany handlowej powinni być wszyscy gracze. Konrad Popławski, autor opracowania, zastanawia się co prawda, czy tego rodzaju współpraca nie doprowadzi w Polsce do stagnacji na osiągniętym obecnie poziomie, co nazywa „pułapką średniego rozwoju”. Jest to jakby dalekie echo tezy o „polskiej podległości”, dlatego warto przez chwilę zatrzymać się nad tą kwestią.

Istnienie takiej pułapki jest oczywiście czymś innym niż twierdzenie, że już w tej pułapce tkwimy, wyrażając zgodę na dalszy – niewolniczy rzekomo – wyzysk. Ta ostatnia teza jest absurdalna i przypomina hasło o Polsce „w ruinie”, którą PiS jakoby odziedziczył po rządach poprzedników. Niebezpieczeństwo spoczęcia na laurach i zatrzymania się na pewnej fazie rozwoju oczywiście istnieje. Nie ma to jednak wiele wspólnego z takim czy innym sąsiedztwem, tylko z wyborem odpowiednich priorytetów i ze zdolnością do ich realizacji. Bez odpowiednich nakładów na naukę i badania, pewnego poziomu rozwoju nie da się przekroczyć, bez względu na to, kto będzie naszym sąsiadem. Nawet jeśli będzie to Francja czy Kanada, to istota problemu pozostanie ta sama. Można nawet przyjąć, że silne sąsiedztwo mobilizuje, a słabe ciągnie w dół.

Przejdźmy teraz do drugiego punktu, jakim jest współpraca Polski i Niemiec w ramach NATO. Współpraca ta układała się przez wiele lat korzystnie, zaskakując zresztą wielu obserwatorów, gdyż tak bezkonfliktowych relacji trudno było się spodziewać. Niemcy były zwolennikiem wejścia Polski do NATO, wspierały zresztą całą Grupę Wyszehradzką w czasie jej wieloletnich starań o członkostwo. Były także współtwórcą koncepcji Korpusu Północno-Wschodniego, który powstał w Szczecinie z udziałem Danii, Niemiec i Polski. Korpus ten, wspierany obecnie przez 14 państw, stanowi zaplecze dla natowskiej szpicy, czyli sił szybkiego reagowania.

Wszystko to świadczy o dobrej współpracy, którą warto kontynuować, mimo znaków zapytania, które pojawiły się w związku z budową Nordstreamu lub niejasną początkowo postawą Berlina wobec agresji Rosji na Ukrainie. Nieporozumień i konfliktów we wzajemnych stosunkach było oczywiście więcej, istotne jest jednak, że PiS świadomie je wyolbrzymiał, przedstawiając Niemcy jako potencjalnego sojusznika Putina, a w każdym razie jako kraj, który chce Polskę zdominować. Tego rodzaju ataki na ważne państwo sojusznicze uznać można za przejaw politycznego daltonizmu i pozostawić bez komentarza. Ponieważ jednak hasło o niemieckiej dominacji okazało się chwytliwe, warto się nim mimo wszystko zająć.

Zacznijmy od twardej wersji tego hasła, czyli od wizji Niemiec, które dążą do stworzenia kondominium wraz z Rosją Putina. Gdyby rzeczywiście tak było, to Berlin stawiałby na bliską współpracę z Moskwą, dążąc zarazem do rozluźnienia własnych więzi z Zachodem. Fakty takiej tendencji nie potwierdzają. Niemiecka współpraca z Rosją słabnie, rośnie natomiast współpraca z państwami zachodnimi, czego przykładem może być podpisana w ubiegłym roku umowa wojskowa z Francją. Przewiduje ona wspólną budowę czołgów, wozów bojowych i innego rodzaju sprzętu. Otwiera to nowe perspektywy przed przemysłem zbrojeniowym obu państw, wzmacnia także oś Paryż-Berlin. Nie widać też żadnych oznak dystansowania się Niemiec od Stanów Zjednoczonych. Wręcz przeciwnie. W czasie ataku Putina na Ukrainę kontakty na linii Berlin-Waszyngton były niezwykle intensywne. Tak blisko oba państwa nie współpracowały ze sobą od ponad ćwierć wieku, a więc od czasu upadku muru berlińskiego.

Teza o niemieckim dążeniu do stworzenia kondominium z Moskwą jest więc summa summarum tyle warta co teza o Polsce w ruinie czy teza o trotylu i zamachu smoleńskim. Mimo to warto przyjrzeć się jej łagodniejszej wersji: Niemcy to kraj sojuszniczy, na którym nie można polegać. W tej wersji zakłada się, że Niemcy chcą współpracować z Moskwą nie dlatego, że dążą do dominacji, ale dlatego, że żyją pod wpływem wojennej traumy i w związku z tym łatwo ulegają naciskom. Niemcy, mówiąc inaczej, stanowią słabe ogniwo w ramach Sojuszu, które Putin przy pierwszej okazji wykorzysta.

Odpowiadając na taki zarzut, trzeba od razu przypomnieć, że nie żyjemy w najlepszym z możliwych światów i że nawet nasi bliscy sojusznicy nie zawsze reagują tak, jakbyśmy sobie życzyli. Powstaje też pytanie bardziej zasadnicze: czy twarde niemieckie przywództwo, zastępujące w jakiejś mierze przywództwo amerykańskie, byłoby do zaakceptowania dla całej Europy? „Miękkie” niemieckie przywództwo oparte o potencjał gospodarczy tego kraju jest dla większości państw Unii do przyjęcia, mimo tych czy innych sprzeciwów. Przywództwo „twarde”, odwołujące się do przewagi militarnej, zostałoby zapewne odrzucone.

A jeśli tak, to trzeba mieć świadomość, że w obliczu wyraźnego zagrożenia militarnego, Niemcy nie będą przypuszczalnie zwolennikami twardej linii – z uwagi na własną przeszłość (a więc traumę wojenną), niewystarczający potencjał militarny (nie mają broni atomowej) oraz problem przywództwa („miękkie”). Czy wszystko to nie potwierdza zatem tezy o Niemczech jako słabym ogniwie Sojuszu? Reagując na takie obawy, trzeba by określić dokładniej, co znaczy termin „słabe ogniwo”. Gdyby doszło do wojny z Moskwą, mogłoby się okazać, że żaden kraj europejski nie ma dostatecznego potencjału, aby stawić Rosji czoła w pierwszej fazie konfliktu. W tym sensie nie tyle słabym, co nie dość silnym ogniwem są wszystkie kraje zachodniej Europy.

Spór z Rosją o Krym i Ukrainę nie doprowadził jednak do otwartej wojny, przybierając ostatecznie formę wojny hybrydowej, a więc takiej, która angażuje tylko pewną część posiadanych zasobów i nie prowadzi do frontalnego starcia. W obliczu tego typu konfrontacji wystarczający okazał się potencjał Niemiec jako kraju, który przejął rolę głównego negocjatora Unii. Niemcy pozostawały też cały czas w stałym kontakcie z Waszyngtonem, dysponującym odpowiednimi środkami odstraszania. Wszystko to sprawiło, że ukraiński kryzys nie eskalował, choć życzylibyśmy sobie, aby niemieckie wsparcie dla Kijowa było bardziej jednoznaczne i aby Niemcy stały się również stroną konfliktu, a nie tylko „negocjatorem i koordynatorem” polityki unijnej. Powstaje jednak pytanie, czy silne niemieckie zaangażowanie, którego oczekiwała Polska, byłoby dla pozostałych krajów UE do przyjęcia i czy nie doprowadziłoby w niej do kolejnych podziałów. Tak czy inaczej niemiecka trauma nie przeszkodziła politykom tego kraju w racjonalnym zachowaniu, którego od nich oczekiwano. „Słabe ogniwo” okazało się zatem mocniejsze niż można było się spodziewać. Niemcy zapowiedziały zresztą wyraźne podniesienie własnych wydatków na zbrojenia, co oznacza, że kwestia wspólnego bezpieczeństwa stanie się dla UE priorytetem w najbliższych latach.

Przejdźmy w związku z tym do ostatniego punktu tych rozważań: stosunku Niemiec i Polski do Rosji i Ukrainy. Jest to kwestia wymagająca większego opracowania, uwzględniającego także zróżnicowanie opinii publicznej w obu krajach. Dla uproszczenia przyjmijmy jednak, że można mówić o w miarę spójnych strategiach rządowych, które realizowane są równolegle w Niemczech i w Polsce.

Zacznijmy od sytuacji w Niemczech, cofając się krótko do polityki odprężenia, kiedy Niemcy były jeszcze podzielone. Polityka ta przyjmowała, że klucz do niemieckiego zjednoczenia leży w Moskwie, że zatem kierować się trzeba zasadą “Russia first”. Interesy takich państw jak Polska czy Czechy miały być tej zasadzie podporządkowane. Jednocześnie Niemcy podkreślały, że mogą prowadzić taką politykę jedynie w porozumieniu z USA. Miało być to gwarancją, że orientując się na Rosję, nie odwrócą się mimo wszystko od Zachodu.

Likwidacja żelaznej kurtyny oraz upadek muru berlińskiego zmieniły tę sytuację. Niemcy zaczęły realizować zasadę “Visegrád first”, podkreślając przy wielu okazjach, jak ważne jest rozszerzenie Unii na wschód i szybka integracja takich państw jak Polska, Czechy i Węgry. Rosja pozostała ważna dla Niemiec jako partner, ale w praktyce zeszła mimo wszystko na plan dalszy, do czego przyczyniły się także zygzaki w polityce Jelcyna.

Kiedy zbliżenie z państwami Wyszehradu stało się także priorytetem dla całej Unii, Niemcy wróciły do dawnej polityki “Russia first”, choć po rosyjskiej stronie nie znajdowały odpowiedniego partnera. Dlatego też większość niemieckich inicjatyw, takich jak Partnerstwo dla Modernizacji, pozostała bez odpowiedzi. W tym samym czasie Polska, kierując się wskazówkami Jerzego Giedroycia, głosiła hasło “Ukraine first”, zakładając, że zbliżenie z naszym sąsiadem nie spowoduje ostrego konfliktu z Rosją.

Niemcy obserwowały polskie zaangażowanie na Ukrainie ze sporą rezerwą. Po jakimś czasie, w momencie kiedy powstała już koncepcja Partnerstwa Wschodniego, postanowiły się jednak do tego projektu dołączyć, także po to, aby mieć wpływ na tę inicjatywę. W ten sposób Polska mogła zacząć oddziaływać na politykę wschodnią całej Unii, nawet jeśli spora część europejskich elit patrzyła na ten projekt ze sceptycyzmem.

Pokazanie ewolucji niemieckich postaw w stosunku do Ukrainy po zwycięstwie Majdanu wymagałoby osobnego studium. Powiedzieć jednak można, ujmując rzecz w wielkim skrócie, że hasło “Russia first”, które przez dłuższy czas dominowało w niemieckich debatach, zaczęło ustępować przekonaniu, że kompromis z Rosją będzie niemożliwy, i że w tej sytuacji trzeba raczej „stać przy zasadach”, czyli wspierać niezależność Kijowa. Jednocześnie starano się wynegocjować z Putinem takie porozumienie, które mogłyby – przynajmniej w pewnych punktach – realizować obie strony. W tej fazie rozmów Polska przestała brać udział we wspólnych negocjacjach, co spowodowało falę różnych domysłów. Podejrzewano, że Niemcy będą starały się porozumieć z Rosją kosztem Ukrainy i że większość państw Unii podpisze się pod takim rozwiązaniem. Mimo tych czy innych wahań, które z polskiej perspektywy wydają się niezrozumiałe, Unia w końcu nie uległa presji. A niemieckie wsparcie dla Ukrainy wydaje się w tej chwili ważniejsze dla tego kraju niż wsparcie polskie. Komentując tę nową sytuację znany ukraiński historyk i politolog, Jarosław Hrycak, zauważył:

„Polska i Ukraina pozostają partnerami strategicznymi, ale tylko w sferze retoryki. Wytłumaczę to następująco. Naszą obecną wojnę z Rosją porównuje się do Stalingradu i podobnych bitew, ale to błąd. Tej hybrydowej wojny nie rozstrzygną wygrane bitwy. Zwycięży ten, kto ma mocniejsze tyły – kto wytrzyma dłużej. Jedyny sposób, aby utrzymać się w tej sytuacji, to mieć dostęp do zasobów, które nie znajdują w Warszawie, lecz w Brukseli i Waszyngtonie. A droga do nich wiedzie dziś przez Berlin. I tu widać zasadniczą różnicę interesów Kijowa i Warszawy pod rządami PiSu. Podczas gdy Kijów idzie w stronę Berlina, Warszawa się od niego oddala. […] W naszym interesie leży wzmocnienie wspólnoty europejskiej. Tymczasem to, co robi PiS, to rozdrabnianie nie tylko pozycji Polski, ale i spójności UE. Polska nie chce dziś grać w wielką grę europejską. Zamiast tego staje się jednym z problemów Unii, jak Wielka Brytania lub Grecja. Ale nie wiecie jeszcze, że rozdrabniając siebie, zmniejszacie też nasze szanse na reformy.”

Spróbujmy podsumować te uwagi. Polska korzysta na współpracy z Niemcami w wielu dziedzinach. Dotyczy to nie tylko gospodarki, ale także polityki obronnej i zagranicznej. Można więc mówić o wymiarze strategicznym tej współpracy, który w obliczu wahań w polityce amerykańskiej nabrał jeszcze większego znaczenia. Nie jest to przy tym relacja asymetryczna, przynosząca korzyści tylko jednej stronie. Otwarcie na Wschód, a zwłaszcza na państwa Grupy Wyszehradzkiej, podniosło również rangę Niemiec i sprawiło, że także ten kraj mógł zacząć grać w wyższej lidze, powiększając swoje pole manewru w stosunku do Rosji. W ten sposób większe pole do gry politycznej uzyskała też cała Unia Europejska.

Na takim tle stanowisko PiSu, które oskarża Niemcy o wszystkie możliwe błędy, zdrady i przewinienia, wydaje się rodzajem gigantycznej inscenizacji, przygotowanej na wewnętrzny użytek. Trudno bowiem dopatrzeć się w nim jakiegoś planu, zdradzającego głębszy namysł. Można być przeciwko takim czy innym decyzjom Berlina, nie można jednak całkowicie odwracać się od Niemiec, gdyż oznacza to odwrócenie się od prawie wszystkich państw europejskich, które z różnych powodów popierają politykę Angeli Merkel. Programowa antyniemieckość nie znajduje też aprobaty w Waszyngtonie, gdyż niejako automatycznie osłabia spójność NATO.

Tymczasem PiS złagodził nieco własną retorykę, dając ostatnio do zrozumienia, że współpraca z Niemcami jest mimo wszystko możliwa, podobnie jak współpraca z Brukselą. Musi się jednak oprzeć na nowych, bardziej sprawiedliwych zasadach. Oznacza to odejście od jawnie konfrontacyjnych haseł, ponieważ spór o zasady uznać można za spór w jakimś sensie potrzebny, w obliczu kryzysów, jakie Unią wstrząsają. Złagodzenie skrajnej retoryki nie oznacza jednak gotowości do europejskiej współpracy, bez której Polska znajdzie się na wiele lat na marginesie. Pozostając na tym marginesie, można nie tylko roztrwonić zdobycze z ostatnich lat, ale także przegrać najbliższą przyszłość.

Zwrot „najbliższa przyszłość” nie jest przy tym figurą retoryczną. W ciągu najbliższych dwóch-trzech lat decydować się będzie przypuszczalnie dalszy los Ukrainy. Jeśli Kijów nie będzie mógł nadal liczyć na silne polskie poparcie, to do głosu dojdą zwolennicy porozumienia z Moskwą, których już w tej chwili jest niemało. Oznaczałoby to fiasko polskiej polityki wschodniej i zwiększenie przyszłych zagrożeń dla Polski i dla państw z nami sąsiadujących. Ponowne oddanie Kijowa pod rosyjskie wpływy Unia przeboleje, bo Ukraina nie jest jej częścią. Dla Polski oznaczałoby to zasadnicze zawężenie pola politycznego manewru oraz utratę ważnego rynku zbytu. Pod znakiem zapytania stanęłaby także polska rola w Europie: stalibyśmy się państwem frontowym, wskutek braku dostatecznych zasobów własnych bardziej zależnym od Niemiec i Francji. PiSowski sen o sławie mógłby zatem zakończyć się bardzo szybko jeszcze większym uzależnieniem od „mainstreamu”.

Na koniec warto może jeszcze postawić sobie pytanie, dlaczego PiS aż tak bardzo stawia na Grupę Wyszehradzką, dążąc jednocześnie do objęcia nad nią przywództwa. Odpowiedź wydaje się prosta. Grupa ta, jako partner, ma sporą wagę dla państw Starej Europy, ponieważ zabezpiecza je przed Rosją, nawet jeśli na Węgrzech czy w Czechach dochodzą do głosu postawy prorosyjskie. Obejmując przywództwo nad tą grupą, Polska miałaby w ręku silną dźwignię, przy pomocy której wymuszać by mogła na Brukseli ważne ustępstwa. Byłby to zatem wyraźny dowód, że „wstaliśmy z kolan” i że teraz liczą się z nami najsilniejsi. I że mało efektywny Trójkąt Weimarski można odłożyć do lamusa i zastąpić go Wyszehradem. Kłopot w tym, że polskie przywództwo w tej grupie pozostaje na papierze, dzieli zatem los innych „genialnych” koncepcji PiSu.

Jeremi Sadowski

Autor, Jeremi Sadowski, jest, historyk idei, tłumacz, publicysta, pracownik Radia Wolna Europa,autor wielu opracowań o problematyce niemieckiej i europejskiej. Mieszka w Warszawie i Berlinie. Był przez wiele lat członkiem redakcji Respublica Nowa, redaktorem naczelnym pisma Europa oraz wykładowcą europeistyki na Uniwersytecie Warszawskim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Menu
Scroll Up